Większości z nas, kiedy pomyślimy o mecenacie sztuki, zapewne do głowy przychodzą wielcy opiekunowie artystów sprzed wieków, tacy jak Medyceusze. Czasy tych wielkich mecenasów minęły bezpowrotnie. Dziś w miejscu arystokratów pojawili się biznesmeni. Czy pełnią oni jednak swoją rolę jak należy?
Zarówno Medyceusze, jak i Izabela Czartoryska czy Stanisław August Poniatowski dysponowali z jednej strony kapitałem, z drugiej byli ludźmi wykształconymi, znawcami sztuki. Chcieli pozostawić po sobie coś potomnym i mieli smak, który pozwalał odnajdywać prawdziwe perły wśród tandety.
Dziś formalnie obowiązek opieki nad kulturą i sztuką przejęło państwo. Niemniej, ze względu na chroniczne problemy finansów publicznych wydatki państwa na kulturę i sztukę wciąż są niewystarczające. Nie chodzi tu wyłącznie o sponsorowanie konkretnych wydarzeń kulturalnych, choć one też są ważne. Podstawowym problemem wydaje się być brak pracy u podstaw, choćby w procesie powszechnej edukacji, który zaowocować może pokoleniem „kulturalnych analfabetów”, a także może sprawić, że nie odkryjemy wielu potencjalnych talentów. Wydatki na kulturę to w pewnym stopniu również inwestycja, która, choć długoterminowa, zwraca się społeczeństwu w postaci grona osób wybitnych i ich ponadczasowej spuścizny. Zbyt mało ich odkrywamy, bo zbyt mało inwestujemy. Drzewo niepielęgnowane nie wydaje owoców. W każdej gminie będziemy mieć „Orliki” – kuźnie sportowych talentów - a gdzie kuźnie artystów?
Szemrany kapitał udaje mecenasów
W Polsce wciąż mamy problem z akumulacją kapitału w rękach osób prywatnych, co jest pozostałością poprzedniego systemu i pośrednio odbija się na słabszym, niż byśmy chcieli, mecenacie. Chęć dobrowolnego dzielenia się wypracowanym majątkiem w społeczeństwie „na dorobku” też nie jest satysfakcjonująca. Większości biznesmenów nie zachęca na pewno też fakt, że niezależnie jaki cel wesprą, to znajdą się tacy, którzy oskarżą ich o ukryte korzyści, czy po prostu o megalomanię. Wizerunkowi biznesmenów-mecenasów sztuki tym bardziej nie pomogły wydarzenia z początków naszej transformacji, kiedy szemrany kapitał próbował wcielić się w rolę współczesnych Medyceuszy. Wystarczy wspomnieć o kolekcji dzieł sztuki, która pozostała po upadku Art-B. Niestety, niechlubna opinia rzutuje na stereotyp wszystkich przedsiębiorców. Sytuacja jest tym trudniejsza, że nie istnieją bodźce zachęcające prywatnych mecenasów do działania. Logicznym wydawałoby się, zwłaszcza w sytuacji, w której stan finansów publicznych jest nie najlepszy, a osób prywatnych skłonnych wspierać kulturę niezbyt wiele, że ci nieliczni będą docenieni. Można by oczekiwać pomocy w postaci choćby ułatwień w przepisach. Tymczasem, potencjalny mecenas, nie ma kiedy zajmować się sztuką, bo musi walczyć z biurokracją, a otwarcie muzeum jest traktowane jako przedsięwzięcie stricte komercyjne. W tym świetle dawni Medyceusze mieli jednak łatwiej.
Sponsoring disco polo
Wsparciem dla kultury są nie tylko biznesmeni, ale również same firmy. Nie jest to proste. Menedżerowie, którym stawiane są określone cele biznesowe, będą raczej angażowali się w działania pozwalające im dotrzeć do możliwie licznej grupy odbiorców. Stąd więcej będzie sponsorów koncertów, zwłaszcza tych z udziałem gwiazd popkultury, niż mecenasów, którzy wesprą to, co z definicji niszowe. Niestety, komercjalizacja wiąże się z ryzykiem tego, że zamiast mecenatu filharmonii, będziemy mieli sponsoring disco polo. Poza aspektami związanymi stricte z biznesem, tj. z chęcią dotarcia do dużej grupy odbiorców, nie mniej istotna jest kwestia słabej znajomości rzeczy, będąca pokłosiem m.in. wspomnianych braków w procesie edukacji. Wśród menedżerów mało jest ludzi, którzy znają się na sztuce. Szybkie kariery nie pozostawiały czasu na nic innego, jak tylko na zajmowanie się sprawami biznesowymi. Wszechstronne wykształcenie uniwersyteckie zostało wyparte przez kształcenie zawodowe. Dlatego też wielu przedsiębiorcom brakuje często tego szczególnego smaku, który charakteryzował dawnych mecenasów. Rzadko który sprzeciwi się obowiązującym nurtom i wesprze coś nowatorskiego, odkrywczego, co przełamałoby obowiązujące schematy. Bo choć o gustach się nie dyskutuje, to w naszym zestandaryzowanym społeczeństwie bezpieczniej jest mieć gust zgodny z niepisanym obowiązującym standardem. Smutnym symbolem naszych czasów, ale całe szczęście nie tylko naszych, może być ocenianie wartości dzieł sztuki wyłącznie poprzez ich rynkową cenę.
Działania wartościowe
Niemniej, wbrew wszystkim przykrym czynnikom opisanym powyżej, sytuacja mecenatu kultury wcale nie wygląda aż tak źle. Przecież poza przykładami pojedynczych zrywów ukierunkowanych na szybki medialny sukces, mamy szereg bardzo wartościowych i długoterminowych działań będących efektem mariażu biznesu z kulturą. Są to często działania inicjowane przez przedsiębiorców i finansowane z ich prywatnych środków. Warto z pewnością wspomnieć o założonej jeszcze w 2001 r. Fundacji Ryszarda Krauzego, która od chwili powstania ma na celu ochronę, odnowę i, co najważniejsze, upowszechnianie dorobku kultury polskiej, jak i o Fundacji Rodziny Staraków. Mam nadzieję, że działająca w Poznaniu Art Station Foundation (d. Kulczyk Foundation), której założycielką jest moja mama, a w której radzie zasiadam wraz z rodzicami, również wnosi swój niewielki wkład w promowanie tego, co choć niszowe, to szczególnie cenne. Najlepszym jednak przykładem na to, że współczesne społeczeństwo nie jest pozbawione prawdziwych mecenasów, którzy całym sercem poświęcili się sztuce jest dla mnie Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II w Warszawie, które powstało z prywatnego daru jednej rodziny. W 1986 r. Janina i Zbigniew Carroll-Porczyńscy przekazali „Kościołowi i Narodowi” gromadzoną od kilkunastu lat bogatą kolekcję sztuki zachodnioeuropejskiej, liczącą blisko 400 obrazów i rzeźb, którą w następnych latach powiększyli o ponad 50 eksponatów.
Byłoby nie tylko egoizmem z mojej strony, ale i ogromną niesprawiedliwością, gdybym mówiąc o przedsiębiorcach zatrzymała się na działaniach wspomnianych fundacji rodzinnych. Nie można nie wspomnieć o działaniach firm, których skala jest bardzo duża, i które prowadzą je w sposób długofalowy i uporządkowany. Należy pamiętać o Polkomtelu, który od bardzo wielu lat wspiera Muzeum Narodowe oraz w ramach cyklu filmowego Plus dla Koneserów prezentuje polskim kinomanom wybitne dzieła światowego kina. Podobnie Telekomunikacja Polska dała się nie tylko niegdyś poznać, jako mecenas, który sfinansował remont warszawskich Łazienek Królewskich, ale ostatnio angażuje się w kinomatografię. Ważne jest to, że firma włącza się nie tyle w produkcję masową, ale we współtworzenie obrazów istotnych z punktu widzenia polskiego dziedzictwa narodowego, takich jak „Katyń” Andrzeja Wajdy, czy też „Dzieci Ireny Sendlerowej”. Era, kolejny gracz branży telekomunikacyjnej, wspiera bardzo wartościowy Międzynarodowy Festiwal Filmowy Era Nowe Horyzonty. Z kolei dzięki PZU możliwe jest inicjowanie ważnych wydarzeń kulturalnych, takich jak spotkania artystyczne na Zamku Królewskim w Warszawie czy Festiwal Dialogu Czterech Kultur. Firma z funduszy prewencyjnych pomaga chronić również zabytki sakralnej architektury drewnianej. Bierni nie pozostają też konkurenci ubezpieczyciela. Warta, a dokładnie Fundacja Warty i Kredyt Banku „Razem możemy więcej”, nie tylko pomaga w renowacji zabytków, ale wspiera ważne wydarzenia teatralne. Wspieranie kultury i sztuki jest również jednym z filarów polskiego oddział Allianz.
Długa lista problemów
Można mnożyć przykłady firm i branż oraz obiektów i wydarzeń, które zostały finansowo wsparte przez biznes, także tych o charakterze lokalnym. Poza wsparciem stricte finansowym, wiele wydarzeń nie odbyłoby się gdyby nie życzliwość ubezpieczycieli, którzy objęli ochroną ubezpieczeniową dzieła sztuki, czy firm transportowych, takich jak np. Pekaes, które nieodpłatnie je przewożą. Szereg tego typu działań, czasem niewielkich, sprawia, że dostęp „zwykłego Kowalskiego” do kultury jest znacznie szerszy. Wbrew pozorom, nawet jeśli niektóre wydarzenia nie zawsze są najwyższych lotów, to uważam, że biznes dla kultury robi sporo. Dlatego też trudno zgodzić się z radykalnym twierdzeniem mówiącym o dezorganizacji mecenatu. Marząc o powrocie do czasów Medyceuszy musimy wziąć pod uwagę również to, że liczba problemów, z jakimi boryka się współczesny świat jest nieporównywalnie większa niż w przeszłości. Choć zabrzmi to nieco brutalnie, to w dużym uproszczeniu nasi przodkowie wspierali kulturę i sztukę, budowę obiektów sakralnych i ewentualnie wybrany lokalny przytułek dla chorych. Na tym kończył się obszar ich zaangażowania społecznego. Pamiętajmy, że za czasów Medyceuszy, czy Izabeli Czartoryskiej, nikt nie myślał o zanieczyszczeniu środowiska, ochronie ginących gatunków, walce z wykluczeniem społecznym, ubóstwie w krajach Trzeciego Świata, czy globalnym ociepleniu. Wachlarz zainteresowań i ich zasięg geograficzny były znacząco mniejsze. Lista problemów, przed jakimi stoimy dziś jest znacznie dłuższa. Niemożliwym jest określenie, który z nich jest najważniejszy. Wiadomo jednak z pewnością, że nie istniej firma na tyle bogata i duża, by rozwiązać je wszystkie. Dlatego musimy spojrzeć na biznes z większym życzliwością i zrozumieniem.
Nie możemy zapomnieć również o tym, że biznes poza środkami finansowymi, może wnosić znacznie więcej. Może wnosić swoją innowacyjność i świeże spojrzenie. Im bliżej będzie problemów społecznych, w tym również kultury, tym lepiej, bo większa szansa na długoterminowe zaangażowanie i obopólne korzyści. Warto wspomnieć o takich pomysłach, jak digitalizacja muzeów możliwa dzięki firmom branży technologicznych. Fundacja Orange, przy ogromnym wsparciu Wirtualnej Polski, przeniosła do wirtualnej rzeczywistości zasoby Muzeum Powstania Warszawskiego. Dzięki temu bezpłatny dostęp do narodowego dziedzictwa mają wszyscy o każdej porze, w tym osoby niepełnosprawne, czy mieszkające z dala od Warszawy. Zapewne z czasem do wirtualnego świata trafi więcej bezcennych zasobów naszych muzeów, które dziś często nie są nawet eksponowane i zalegają w magazynach. To jeszcze wciąż marzenie, ale czy nierealne?
Przykład szczególnie bliski
Przykładem integracji kultury i sztuki z biznesem, który z wiadomych względów jest mi szczególnie bliski, jest Stary Browar, w którego stworzenie moja mama włożyła całe swoje serce, a i ja zostawiłam tam część mojego. To z pewnością udana próba stworzenia nowoczesnego obiektu z szacunkiem dla historii tego miejsca i z troskliwym zachowaniem detali związanych z browarnictwem. Niemniej jednak tym, co świadczy o niepowtarzalności tego miejsca jest wszechobecność sztuki, sztuki nowoczesnej, która jest czasami abstrakcyjna i trudna w odbiorze. Bogaty program wystawienniczy, wspieranie młodych, utalentowanych artystów, którzy mogą w tym miejscu zaistnieć ze swoją twórczością, popularyzacja awangardowych trendów w światowej sztuce performatywnej - zwłaszcza w sztuce tańca - oraz aktywne wspieranie rozwoju młodej polskiej choreografii, czy wreszcie prezentacje najważniejszych dzieł światowego filmu awangardowego i eksperymentalnego, czynią to miejsce niepowtarzalnym. Kiedy miałabym sobie wyobrazić Stary Browar bez wszechobecnej tam sztuki, byłyby to po prostu mury. Ładne, zadbane, ale wciąż tylko mury.
Dlatego też, mimo wszystkich słabości, z jakimi borykać musi się mecenat kultury i sztuki, nie wyobrażam sobie jego upadku. Tak jak zawsze będziemy świadkami pojedynczych zrywów, tak zawsze towarzyszyć będzie nam długoterminowe zaangażowanie. Mimo zmian, mariaż mecenasów będzie trwał, bo zawsze obok dążenia do pomnażania kapitału, będzie towarzyszyć biznesmenom świadomość ulotności tego, co materialne i chęć pozostawienia po sobie czegoś trwalszego.
Średnia ocen:
0.00
, Suma ocen:
0, Głosów:
0