Państwowy protektorat to przeżytek
O tym, jak kultura może być dźwignią marketingu terytorialnego dla miast, z dyrektorem Międzynarodowego Centrum Sztuki w Łodzi i pomysłodawcą projektu Łódź - Europejska Stolica Kultury 2016, Krzysztofem Candrowiczem, rozmawia Adam Mikołajczyk, dyrektor zarządzający Brief for poland.
Adam Mikołajczyk: Czy wydarzenia kulturalne są produktem?
Krzysztof Candrowicz: Bardzo wyjątkowym produktem, chciałoby się rzec „unikatowym”. Polega to na tym, iż każde wydarzenie kulturalne jest niepowtarzalne i skierowane jest do ściśle określonej grupy (oczywiście z wyłączeniem imprez o charakterze masowym). Z reguły są to bardzo wymagający odbiorcy. W tym przypadku jakość produktu zdecydowanie bierze górę nad opakowaniem. Tych klientów nie da się zaczarować wyłącznie kolorowym billboardem,
są doskonale zorientowani.
A.M.: Czy kulturę można/trzeba „marketingować”?
K.C.: Nie mam żadnych wątpliwości, że trzeba. Natomiast tak jak już wspominałem, najwięcej wysiłku trzeba włożyć w atrakcyjność samego przedsięwzięcia. Kwestie związane ze stworzeniem marki, komunikacją marketingową, kanałami dystrybucji, Media Relations to kwestie bardzo ważne, ale w pewnym sensie drugorzędne w stosunku do produktu. Zadowolony z koncertu, festiwalu czy wystawy odbiorca wróci do nas sam, ważne, żebyśmy nie tracili kontaktu z grupą naszych stałych odbiorców. Dobre, „markowe” opakowanie to już tylko kropka nad „i”.
A.M.: Czy na kulturze w Polsce można „robić pieniądze” ?
K.C.: Na wszystkim można… (śmiech). Przedsiębiorczość w kulturze to podstawa. Kiedyś rozpieszczał nas wygodny państwowy protektorat. Czasy etatyzmu w sektorze kultury się już skończyły, więc trzeba odnaleźć się w nowych okolicznościach. Jak widać, na polskim rynku świetnie radzą sobie podmioty prywatne oraz stowarzyszenia i fundacje.
A.M.: Jak należy „sprzedawać” kulturę masową, jak kulturę wysoką, a jak niszową?
K.C.: Tu zasady nie odbiegają od zasad rynkowych. Kulturę masową sprzedajemy jak za starych czasów Forda T lub VW Garbusa - dla każdego, dużo i tanio. Kulturę wysoką „sprzedajemy” jak Volvo czy Lexusa – towar ekskluzywny, więc klientów też mamy z wyższej półki. A kultura niszowa w tej samochodowej metaforze to stary, używany Mustang, czy Saab - więc musimy dotrzeć do odbiorców, którzy docenią alternatywny charakter naszego produktu.
A.M.: Czy kultura może być „green”? (czy może sama w sobie jest „green” )?
K.C.: Myślę, że kultura (głównie ta niematerialna, duchowa, objawiająca się w postaci szeroko rozumianej twórczości artystycznej) sama w sobie jest „green”. Jest wrażliwym tworem, który wymaga wsparcia i pielęgnacji. Za wspieranie kultury jest oczywiście wymierna nagroda. Dostajemy w zamian wizerunek instytucji wrażliwej na potrzeby wyższe. Przy okazji tworzenia swojej dobrej reputacji, można jednocześnie współtworzyć unikalne wydarzenia kulturalne. Myślę, że to nie jest pełna synergia.
A.M.: Skąd pomysł, by Łódź startowała do ESK 2016 ?
K.C.: Z potrzeby. Łódź to miasto o niesamowitym potencjale i możliwościach. Miasto, które do niedawna nie potrafiło korzystać ze swoich największych walorów, jakimi są postindustrialna architektura, film, moda, design, ale to bardzo szybko się zmienia na plus.
A.M.: Jak miasto może wykorzystywać kulturę do budowy wizerunku, wzmacniania swojej marki?
K.C.: Nie wchodząc w szczegóły… zwróćmy uwagę na to, że to właśnie komponent związany z „życiem kulturalnym” stworzył markę XIX-wiecznego Paryża, później Belina, a teraz Bilbao, Amsterdamu czy Barcelony. To chyba wystarczające przykłady na to, że kultura stanowi o sile marki miejskiej.
A.M.: Czy czasem nie za dużo miast z Polski walczy o ESK ? Szansę realnie mają 2-3 miasta…
K.C.: Wszystkie miasta na tym skorzystają. Do niedawna żadne z tych miast nie miało strategii rozwoju sektora kultury. A dzięki walce o tytuł ESK nastąpiła powszechna mobilizacja.
A.M.: Czy istnieje w Polsce dogodna płaszczyzna do współpracy kultury, biznesu i administracji?
K.C.: Myślę, że mimo wszystko to dopiero początek współpracy tych sektorów. Te trzy światy funkcjonowały niegdyś samodzielnie jak samotne wyspy… z wyjątkiem kultury i administracji. Biznes ma teraz zdecydowanie więcej do zaoferowania, zarówno jeśli chodzi o kulturę, jak i sektor administracji. Jest coraz więcej dobrych praktyk - wydarzeń, konferencji, szkoleń zbliżających ze sobą te światy.
A.M.: Nowe trendy w kulturze, które dojdą do nas w 2010 r.?
K.C.: Myślę, że Internet, innowacje technologiczne już nie są tak kreatywne i „trendy”, jak nam się wydaje . Mam nadzieję, że trendy na 2010 r. to autentyczna, żywa kultura w przestrzeni miejskiej i dotarcie do lokalnej społeczności poprzez liderów opinii, a nie wyłącznie przez mass media.
Średnia ocen:
5.00
, Suma ocen:
5, Głosów:
1